A ona tańczy i tańczy
i kręci się w koło
w blasku księżyca
w dzikiej gorączce
powtarzając sobie że on chyba
że chyba on
nic a nic
nie rozumie.
|
|
Martwe Ogrody: Rozdział I | |
Silvana patrzyła wściekle na Ducha Ogrodu. Wysyłając mu cały czas mordercze spojrzenie, zdjęła płaszcz i cisnęła nim w krzak czarnego bzu.
-Jeszcze?! Chyba cie pogrzało! Niedługo będę ci musiała przynosić pięć ofiar dziennie, a to i tak pewnie jaśnie panu nie starczy! – krzyczała zdenerwowana – Na to nawet nie licz!
Duch przekrzywił nieznacznie głowę, wywrócił oczami i wystawił język.
-Ssspokojnie maleńka. Zbliża się Śśświęto, dobrze o tym wiesz. Potrzebuje duuużo krrrwi!
Duch zbliżył się do dziewczyny i ujął jej podbródek, zmuszając do spojrzenia mu w oczy.
Silvana nienawidziła na niego patrzeć. Gdy spoglądała na ta półprzeźroczystą twarz, widziała zdeformowany ogród, zakrzywioną rzeczywistość zalaną falą bladej zieleni i błękitu.
Duch nie hipnotyzował spojrzeniem, nie emanował energią. Dziewczyna czuła do niego tylko odrazę. Wymagał zabijania i egzekwował je silnym bólem i cierpieniem.
Gdy Ogród pragnął krwi, wysyłał jej lekki sygnał. Jeśli długo nie przynosiła ofiary zsyłał ból. Z czasem ból stawał się nie do zniesienia i w wtedy Silvana była zmuszona zabić, by móc normalnie żyć.
Choć w jej przypadku ‘normalnie’ to pojęcie bardzo nieprecyzyjne.
Teraz, gdy zbliżało się Święto było jeszcze gorzej. Zazwyczaj Ogród zadowalał się cotygodniową ofiarą, obecnie nie wystarczała mu codzienna.
Nagle kolejny atak bólu zaatakował Silvanę. Popatrzyła z nienawiścią na Ducha – awatara Ogrodu i prychając ze złością odeszła w druga stronę.
Jej ogród nie był zbyt wielki, a mimo to nietrudno było się w nim zgubić. Wąskie alejki wijące się wokół wysokich krzaków bzu, róż czy pnących się po stalowych stelażach winorośli, krzyżowały się czasem pomiędzy łagodnymi pagórkami, innym razem uciekały daleko na obrzeża ogrodu, by skończyć się nagle na zrujnowanej ceglanej ścianie, starym płocie czy opuszczonej chałupie.
W ogrodzie o każdej porze dnia i nocy unosiła się gęsta mgła. Z resztą Silvana nie rozróżniała dnia i nocy, bo słońce nigdy tu nie wschodziło, panował wieczny mrok. Kwiaty, mimo że często karmione świeżą krwią, wyglądały na dawno uschnięte. Kolory rzadko wkradały się do ogrodu, a nawet jeśli to były mdłe i nijakie. Zgniła zieleń od dawna utrzymywała swoja pozycję najsilniejszej barwy; mgła lekko zabarwiona fioletem wkradała się wścibsko między płatki orchidei, chabrów, krokusów, lilii…
Dziewczyna nie raz odwiedzała inne ogrody. Zawsze wydawały jej się większe, mniej przyjazne. Nigdy nie odważyła się zwiedzać ich samotnie.
Swój Ogród i jego Ducha znała doskonale. Potrafiła wyczuć ich nastrój, wiedziała, które rośliny bardziej potrzebują ofiary.
Nie wyobrażała sobie życia gdzie indziej.
Chwyciła płaszcz, którym wcześniej w złości cisnęła w krzak bzu. Ujęła delikatnie czarne kwiaty i przemawiając do nich cicho, jakby wyparowała z niej już cała nienawiść, starała się uspokoić małe duszyczki i przywrócić roślinie harmonię.
Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie Duchowi – tym razem było zimne i spokojne, po czym pognała w stronę Skarpy.
Zawiła droga nie sprawiała jej trudności. Szybko i z gracją przeskakiwała kolejne pagórki, grządki, biegła alejkami, wsłuchując się w ciche wskazówki Ogrodu.
Gdy nie mogła już pobiec dalej, a przed nią rozciągały się nieskończone połacie szaro-fioletowej mgły, przyklękła i starała się uspokoić oddech, oczyścić myśli.
Przymknęła oczy i pozwoliła rześkiemu powietrzu dostać się do płuc. Założyła płaszcz i spuściła ręce swobodnie wzdłuż tułowia. Raz jeszcze obejrzała się na ogród.
I skoczyła.
|
Weszłaś właśnie do karczmy. Trzasnęłaś lekko drzwiami, tylko po to bym cię zauważył.
Poznałem cie od razu po subtelnych ruchach, mimo, że szczelnie okrywał cie płaszcz a na twarz ukrytą pod kapturem padał cień.
Obserwowałem cię, polerując mechanicznie szklanki. Szkło przesuwało się w mojej dłoni, ścierka czyściła gładka powierzchnię.
Podeszłaś do baru i poprosiłaś o to co zwykle. Oczywiście już za chwilę podawałem ci zielony napój. Pomyślałem wtedy, że ty zawsze dostajesz to, czego chcesz.
Alkohol trochę cie rozgrzał, więc zrzuciłaś z siebie płaszcz. Od razu poznałem, że dopiero zabijałaś. Nie, nie było na tobie śladów krwi. Nie miałaś podartego ubrania.
Po prostu zawsze, podświadomie, idąc na łowy ubierałaś tylko czerń i żółć.
Nie byłaś tego świadoma, tak samo jak nie wiedziałaś dlaczego zawsze po wypadzie przychodzisz do mnie po szklankę absyntu.
Wróciłem do polerowania szkła, wzrok przeniosłem na odległy kąt karczmy. Wiem, że mi się przypatrywałaś, że uważnie obserwowałaś ruch moich rąk. Kojarzyły ci się z twoimi własnymi oraz z tym bólem, który odczuwasz przed złożeniem ofiary i ulgą niesioną przez śmierć. Śmierć, która ty zadajesz.
Tylko, że ty Salamandro kochałaś ten ból.
I kochałaś swój Martwy Ogród.

Obrazek mojego autorstwa / www.karottka.deviantart.com
|
Wróciłam. Długo mnie nie było, niestety. Wiecie jak to jest - jestem teraz licealistką. Masakra. Tak swoja drogą ostatni rozdział 'Fallen Town' napisałam będąc chyba w drugiej gimnazjum? Dawno to było. Od tego czasu powstało kilka innych opowiadań, moim zdaniem nieudanych, ale potrzebnych żebym sie czegoś nauczyła.
Wracając do nauki to, o zgrozo, wpadł mi w wakacje do głowy cudowny pomysł, że aby nauczyć się dobrze pisać muszę się udać do klasy humanistycznej. Teraz wiem, że to był największy błąd w moim dotychczasowym życiu.
No ale cóż Matematyko, nie przejmuj się, nie zostawię Cię! A was niewymierności usunę z mianownika, yeeeaaah! *rzuca wściekle głową, by następnie dostać padaczki i spaść na ziemię*
Teraz tak na serio - czasu na pisanie wiele nie mam. Ale się staram. Dlatego też naskrobałam już prolog i pół pierwszego rozdziału do 'Martwych Ogrodów'. O czym to? Nie powiem, sami zobaczycie.
Musze tylko przepisać do z zeszytu na kompa użyć magicznego kopiuj-wklej następnie 'dodaj' i wszyscy skaczą i piszczą, bo oto stara Charl znów coś napisała!
To by było na tyle, teraz lecę odrabiać 'edu. med.' co bynajmniej nie jest edukacja medyczną a czymś o wiele bardziej przerażającym.
Ave!
Eleven
|
Wracam ze szkoły. Idę szybko, nie rozglądam się, nie mam czasu. Wokół wszędzie zieleń - to wiosna. Ładnie jest, kwiatki pachną. Ja szczęśliwa, w szkole pozytywnie, znajomi jak najbardziej okej.
Czegóż chcieć więcej?
Spieszę się. I tak już jestem spóźniona.
O, wreszcie mój blok. Szary, duży... cegła taka. Kloc. Wchodzę do klatki. Trochę się krzywię. W końcu za pięknie tu nie jest.
Zamiast skierować się do windy, schodzę w prawo, schodami w dół. Popycham drewniane drzwi i wkraczam do innego wymiaru.
Tutaj już nie ma szczęścia, uśmiechu, czułości.
Tutaj nikt mi nie pomoże, nikt nie pocieszy.
Nie staje ani na chwilę. Idę szybko, lecz dla odmiany rozglądam się. Pchły obskakują mnie z każdej strony. Okropne!
Cienie tańczą wokół mnie, migają, zanikają.
Nagle przechodzę przez niewidzialny portal. To taka brama. Formalnie jej nie ma, nie widać, nie słychać... Jakby nic się nie zmieniło. Ale zniknął strach. Nagle niczego się nie boję. Obojętnieje trochę.
Słysze już zgrzyt kół zębatych i ciche pomiaukiwania kocurów. Odpręża mnie to, relaksuje w jakiś niewytłumaczalny sposób.
Tutaj już nie ma światła, co z tym idzie - nie ma cieni. Wreszcie nic nie odwraca mojej uwagi.
Popycham kolejne drzwi - zardzewiałe i ciężkie. Nie ustępują łatwo, ale nie poddaję się. Wiem, że w końcu je otworzę. Kwestia czasu i uporu.
No i udało się.
Znów lekko smutnieję. Patrzę na obraz, który dopiero co mi się ukazał.
Kobieta leży jakby odrobinę nad ziemią. Białe wstążki wokół splatają się, tworzą skomplikowany wzór, uciekają, chowając się za koła zębate, trybiki, dźwignie.
Nigdy jej jeszcze nie dotknęłam, nie ośmieliłam się. Nieznajoma jest dla mnie uosobieniem świętości i spokoju.
Nieznajoma...
Znana od lat.
Klęczę z lekko spuszczona głową. Nie modlę się, choć tak to na pierwszy rzut oka wygląda. Słyszę szum i stukot pracującej maszyny.Zastanawiam się czasem jak daleko ona sięga. Co uruchamia i jakie są tego skutki.
Na razie mogę tylko podziwiać nieskończone piękno. Takie, które utraciłam, choć nigdy go nie miałam.
|
|
|